Zimowa opowieść. Ilustrowana!

  Nie wiem, czy wszyscy byli grzeczni, ale dzisiaj pora na wyjątkowy prezent. I jednocześnie dowód na to, że nawet starzy wyjadacze potrafią się ( i innych) wzruszyć i skłonić do refleksji... Maciek Pońc podesłał z Beskidów prostą, ale piękną opowieść o samotnej wędrówce w górach. Zresztą - "wędrówka" to może za wielkie słowo; dłuższy trening, powiedzmy. Ta historia poniżej. A gdyby komuś nie wystarczyło wyobraźni, żeby sobie to wszystko odmalować, polecamy galerię - także autorstwa Maćka. Tyle wstępu, proszę wygodnie usiąść i zacząć marzyć:
 
 
„… idę tam gdzie idę …”
…Czyli rzecz o tym jak postanowiłem iść przed siebie..
 
      Tytuł może nie do końca oddaje moje prawdziwe intencje ponieważ od początku miałem ustalony cel  spaceru którym był szczyt Baraniej Góry , natomiast sposób dojść do tejże juz taki oczywisty nie był.
Jak co roku w zimie mam w zwyczaju dotrzeć do źródeł Wisły na rakietach śnieżnych . A ze w tym roku zima jest taka jak  hań downij bywało, postanowiłem wybrać się tam juz trzy razy.
Raz zaatakowałem szczyt od południa ruszając z doliny Czarnej Wisełki przez Stecówkę i Karolówkę a następnie jak to mają w zwyczaju ludzie zarażeni mapą poszedłem „ na krechę” w kierunku na szczyt.
Wtajemniczeni wiedzą że rakiety śnieżne przy sporej ilości śniegu sprawiają ze nie jesteś niczym ograniczony i idziesz tam gdzie chcesz… a oto mi chodziło.
W trakcie podejścia po nieskazitelnie białym i niczym nie poznaczonym białym dywanie mijałem tak osobliwe okoliczności przyrody że nachodziły mnie przemyślenia typu „… życie nie po to tylko jest by brać…” jak śpiewał pan Stanisław , albo „ czy sensem naszego życia jest posiadanie ?? „ jak ostatnio pyta w reklamie pan Marek. I patrząc na te piękne widoki odpowiadam sobie-  nie !!! Bo przecież „ .. w życiu piękne są tylko chwile ..jak ta … i dla tych chwil warto żyć !!!..” 
Gdy wyszedłem na szczyt byłem tak pozytywnie naładowany energią słoneczna jak najlepsze ogniwa fotowoltaiczne i gdyby mnie wtedy do sieci podłączyć to myślę że na oświetlenie niewielkiej wioski by wystarczyło. Podziwiając z wierzy przepiękne widoki na oświetlone słońcem Tatry , Babią Górę , Pilsko , słowacki Rozsutec i Stoch pomyślałem że gdybym nie umiał tak spędzać czasu to z pewnością gapił bym się w szklane pudło i słuchał bełkotu polityków i celebrytów . Dziękuję ci Boże, że potrafię cieszyć się z małych rzeczy !!!  
 Idąc za ciosem postanowiłem po raz drugi w tym sezonie zejść troszkę poniżej szczytu do miejsca gdzie wypływa Biała Wisełka. Kto tam był to wie że urok tego miejsce może zniewolić– totalna cisza że aż głowę ściska , niczym nienaruszona biel śniegu i widok z jednej strony na strome zbocze Baraniej porośnięte olbrzymimi ośnieżonymi do granic możliwości świerkami a z drugiej na panoramę pasma Beskidów aż do ostatnich wzniesień – Czantorii , Chełmu , Jasieniowej.
Po powrocie na szczyt wypiłem z termosu pyszną herbatkę z imbirem , sokiem malinowym , cytryną i.. góralską Watrą produkowaną w naszym rodzimym Polmosie .
Cała trasa powrotna to piękny spacer w stronę zachodzącego powoli słońca. W dolinie było już szaro a termometr w samochodzie wskazywał minus 14 stopni, to dokładnie tyle samo, co rano.
Łącznie zrobiłem 24 km z tego 18 w terenie jako wojsko rakietowe.
 
      Kolejną wycieczkę zaplanowałem na środę tym razem postanowiłem wejść jeszcze  bardziej dzikim wariantem. Po dojściu doliną do miejsca, gdzie wychodzi się na południe na Stecówkę, skręciłem na północ i rozpocząłem podejście po dziewiczym śniegu na szczyt Przypor 1006 m.n.p.m ( dolina jest na ok. 700). Na szczycie z polany rozpościerał się piękny widok i niczym nie zmącona… cisza. Uwierzcie mi, ciszą można się rozkoszować , żyjemy w takim natłoku informacji słowno-obrazkowych, że przebywanie w ciszy na tle dwu kolorów- białego i czarnego, naprawdę może uspokoić myśli. Z Przypora ruszyłem na wschód w stronę kolejnego szczytu – Przysłopu. Piękna i urokliwa grań z widokami na północną stronę i ośnieżonym lasem od południa sprawiała ze chciało by się tam pozostać na dłużej. Ze szczytu pozostał już tylko atak na ostatnie wzniesienie przed głównym celem –Wierch Rowniański 1192 m.n.p.m. Dochodząc do tego szczytu idę przez przepiękną polanę na której stoją pojedyncze drzewa zamienione w śnieżne posągi, tworzące niesamowitą atmosferę, potęgowaną przez lekką mgiełkę, która akurat wtedy się pokazała. Po 20 min jestem na szczycie Baraniej ale tym razem ze względu na pogodę po wypiciu herbaty postanawiam od razu zejść z powrotem do samochodu trasą z przed tygodnia.
Dziś 18 km, ale niestety słonko nie uraczyło mnie swoją obecnością, czego oczywiście nie mam mu za złe i liczę na spotkanie twarzą w twarz kolejnym razem.
      Myślę ze oglądając fotki z tych wycieczek zrozumiecie choć po części moją euforię i że nikogo nie uraziłem moimi przemyśleniami. Chciałem tylko być w pełni szczęśliwy i dlatego popełniłem ten wpis bo jak mawiał wieszcz „ człowiek w tedy jest naprawdę szczęśliwy gdy może podzielić się tym szczęściem z drugą osobą” 
Maciej, dziadek teamowy.