Puchar Wawelu - wspominki okolicznościowe

  Właśnie rusza, po raz 32. już, Puchar Wawelu. Wielodniówka, rozgrywana od wczesnych lat 80-tych, ma w kalendarzu biegaczy na orientację pozycję szczególną. Ciekawe tereny, dobre mapy, niezła oprawa - to były atuty PW w latach, kiedy to wszystko nie było jeszcze (a przynajmniej - nie zawsze) standardem w Polsce. Teraz zresztą też nie jest, ale to zupełnie inna sprawa. Na wspominki mi się zebrało, bo "Wawel" będzie po raz pierwszy pięciodniówką - a jak raz, debiutowałem w tej imprezie, kiedy po raz pierwszy była rozgrywana w formacie trzydniowym.

  To był 1987 rok, Złoty Potok. Wcześniejsze Puchary Wawelu mnie ominęły, bo albo byłem za smarkaty i jeszcze nie biegałem z mapą, albo (jak w 1986 roku) były jakieś ciekawsze rzeczy do zrobienia, jak obóz (niby treningowy) w cudownej NRD.

 No, ale w Złotym startowałem. Fajowskie były to zawody; mimo, że nie wyszły mi do końca. Wygrałem pierwszy dzień, mimo, że wydawało mi się, że jakoś wolno biegam. Ale najwyraźniej na tyle dokładnie, że się udało. Drugiego dnia byłem drugi - ale przed handicapem zachowałem prowadzenie. I miało być tak pięknie i w ogóle... tylko głowa nie wytrzymała. Dołożył się zresztą Jerzy Dymarski - zwany "Szefem" - czyli kierownik mojego ówczesnego klubu, "Zamonitu" Katowice. Pan Jurek (sędzia-delegat na te zawody z ramienia PZLA, który to związek był wtedy "czapą" dla orientacji, o ile dobrze pamiętam) z dobrego serca chciał mi pomóc i kiedy stałem w boksie startowym, bezskutecznie starając się skoncentrować, zagaił: "Igor, zmotywować cię? To myśl o Budapeszcie..". Chodziło o zawody na Węgrzech (gratka w tych czasach), na które klub wysyłał kilku czempionów. No zmotywował, nie ma co. Biegałem jak kura bez głowy, spadając na 6. miejsce po trzech dniach. Wygrał Janusz Gliszczyński, który potem brylował w juniorach a teraz robi piękne fotografie. Aha - to była kategoria M13B. W polskiej orientacji był to pierwszy sezon z podziałem na "A" i "B" w kategoriach. Do "B" trafiłem z powodu prozaicznego - w poprzednim sezonie nie byłem zarejestrowany i nie zdobyłem punktów w rankingu, co było wymogiem załapania się do "A".

 No, ale mniejsza. Wspomnień zresztą było znacznie więcej; logo zawodów, zaprojektowane przez Baśkę Cieślak "Mrówę" - czyli trzygłowy, jak na trzydniówkę przystało, smok wawelski. Bogate życie towarzyskie (co zresztą do dziś jest głównym magnesem dla byłych zawodników, przyjeżdżających na Puchar Wawelu...) na polu namiotowym. My zresztą dzieliliśmy miejsca w wojskowych NS-ach z juniorami z węgierskiego klubu, który potem zapraszał nas w zamian do tego Budapesztu. Było zabawnie, bo oni w żadnym języku prawie, my po węgiersku prawie nic... Ale córka prezesa klubu (nocowali gdzie indziej, nie w namiotach, jak gmin) też się dała zapamietać - ze względu na zjawiskową urodę. Szczupła, blondwłosa, opalona, niebieskooka i niestety - małomówna bardzo. Może też nie ogarniała innych języków?

(na tej mapie posiałem głowę i prowadzenie po dwóch dniach PW'87)

  Na "Wawelu" można było oglądać w akcji wielkie gwiazdy - te wówczas aktualne i te z czasów jeszcze ciut poprzednich. W elicie wygrał wtedy Andrzej Olech; w czołówce, poza zawodnikami z zagranicy, był też Michał Motała, Przemek Mossakowski i Paweł Morawski (tata klanu Morawskich, obecnie brylujących w kategoriach juniorskich i wczesnoseniorskich). Paweł był chyba na wojennej ścieżce z szefem imprezy, czyli Romkiem Trzmielewskim - co było o tyle pikantne, że zajął trzecie miejsce i "Trzmielu" musiał mu uścisnąć dłoń, gratulując wyniku zawodnikom z podium...

 U pań wygrała Ania Górnicka, która zresztą spokojnie może powtórzyć taki wynik i w tym roku. W młodszych kategoriach zapamiętałem bój dwóch zawodniczek "Orientopu" Wrocław (protoplasta sekcji orienteeringu w "Śląsku") w K 15A, gdzie Magda Dura wygrała z Aśką Gorajską. A nagradzał je ówczesny sekretarz generalny IOF - Lennart Levin -  który przyjechał sprawdzić, czy organizator i teren nadają się do rozegrania w Polsce zawodów Pucharu Świata.

  Co tam jeszcze... stoisko handlowe (lampiony, mapy, cokolwiek) Wiesia Czerwa, czyli "Larwy" - też stały punkt programu na zawodach tamtych czasów. No i atrakcja - zwłaszcza dla obsługujących te przybytki żołnierzy - czyli namiot prysznicowy. Zazwyczaj był to jeden namiot wojskowy z podłogą, gdzie zamontowane były prysznice zasilane podgrzewaną (a czasem nie podgrzewaną) w stojącej obok ciężarówce wodą. Do tego obok jeszcze namiot - przebieralnia i można się było umyć po zawodach. Zazwyczaj szło to na zmianę (raz panie, raz panowie) - ale od czasu do czasu do pań wdzierał się jakiś skandalista, względnie zawodnik z Czech, który traktował sprawę golizny zupełnie naturalnie. Pisku było, co niemiara. A żołnierze radzili sobie na swój sposób, wymontowując (pod pretekstem zapewnienia odpowiedniej wentylacji) okienka ze ścian namiotu prysznicowego - i co sobie wypatrzyli w tych okienkach, to ich...

  No, troszkę się zmieniło od tego czasu. Puchar Wawelu jeszcze wracał do Złotego Potoku - na przykład 10 lat później, w 1997 roku. To wtedy rozpoczęły się ulewy, które przyniosły ogromne powodzie tamtego lata. Ale to już zupełnie inna opowieść. Podobnie, jak tegoroczny "Wawel". Też będzie wyjątkowy - przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze - pięciodniowy, po drugie - pierwszy raz wystartują zawodnicy w barwach "Teamu 360 Stopni" - Ula Trykozko, Zuza Szymańska i Marcin Krasuski. Trzymamy kciuki!

Komentarze