Elegancki wywczas w Bygoszczu

  Gdyby to była wyprawa na ogromne zawody, epicką przygodę na końcu świata, trwającą tydzień - to pewnie wypadałoby napisać, że przygotowania trwały długie miesiące. A tak, to można przyznać się uczciwie; jakoś tak we wtorek zorientowałem się, że mogę mieć wolną sobotę. A właśnie w sobotę Konwalie organizowały Bydgoszcz City Race, czyli szybki (ok. 80 km) rajdzik w tym mieście. Pozostało jeszcze upewnienie się, czy można się zgłosić po wszelkich terminach (można), znaleźć partnera lub partnerkę - i heja.

  Casting na współściganta wygrał Krzysiek Muszyński - z tej prostej przyczyny, że w odróżnieniu od kilku osób indagowanych wcześniej, miał czas i ochotę. To znaczy - też nie tak od razu, ale ostatecznie się zdecydował. Cóż robić - bladym świtem w sobotę trzeba było jechać. 

  Tak nie do końca byłem pewien, o której jest odprawa przed startem - a o której sam start, w związku z czym Krzysio mógł sobie lekko podnieść ciśnienie przed zawodami. Wyglądało to bowiem tak:

(Odprawa, zawodnicy zwarci; autor relacji spokojnie dojeżdża do parkingu koło bazy)

  Szczęśliwie - mój partner wysłuchał na odprawie wszystkiego ważnego, zdążyliśmy na czas i w ogóle luz. Start z malowniczej Wyspy Młyńskiej - i zaczęła się zabawa. Puzelki z ortofotomapy jakoś dały się ujarzmić; biegowy prolog był zaś pierwszą okazją do skonstatowania, że ta cała Bygdoszcz to naprawdę ładne miasto. Przynajmniej starówka, po której cwałowaliśmy na początku. Potem było jeszcze fajniej, bo pognaliśmy kilka kilometrów w górę Brdy, żeby wsiąść na kajaki. Plan był taki, żeby tam być w czubie - a na wodzie napiąć łapy i uciec szybkobiegaczom, którzy - jak wiadomo - nogi mają mocne, ale rączki raczej w zaniku. Ale jak tu wachlować, skoro naokoło tak fajnie? 

(to samo z dołu...)

( ...i to samo z góry. Można było zerknąć z tej perspektywy na prologu albo pieszym)

  Najwyraźniej jednak inne osady były w jeszcze bardziej turystyczno - romantycznym nastroju, bo za plecami zrobiło się dość luźno. Smutni, bo samotni, ruszyliśmy więc na etap pieszy, czyli biegowy scorelauf po mieście, urozmaicony zadaniami specjalnymi w liczbie bodaj dziewięciu. 

(Słitfocia. My na kajaku)

 Już pierwsze z zadań (kalambury) ujawnia problem, jaki mamy ze sobą w tym zespole. Jak nietrudno się domyślić, zwracałem się do Krzysia per "dzieciak" lub "synek", on do mnie też elegancko: "emeryt". Albo, zauważając, że jakoś zaraz za nami miał skończyć kajaki team z Remikiem Nowakiem i jego kolegą z woja (i niemal równieśnikiem), Piotrkiem, w składzie, rzuciał "O, to na razie, jak widzę, pojedynek staruchów". I weź tu takiemu coś pokaż w tych kalamburach; bo ja wiem, czy on w ogóle "Bolka i Lolka" oglądał kiedy? Na szczęście - ponoć oglądał. W każdym razie - tytuł odgadł i mogliśmy biec dalej. Było sympatycznie, cały czas malowniczo; w sumie tylko jeden fragment miasta wyglądał na taki, w którym najłatwiej to można dostać po dziobie. Zadania przyjemne i wykonalne. Tu jakiś węzeł zrobić, tu szyfr złamać, ówdzie wykazać się znajomością języków czy sieci kolejowej w Polsce. Na ochłodę - stand up paddling. Milutko, szybciutko.

(dekryptaż przed pomnikiem Rejewskiego)

  NIestety - ten sielankowy obraz zostaje brutalnie zaburzony. Najpierw żałosna walka z zadaniem matematycznym (na pewno coś organizatorzy pokręcili; niemożliwe, żebyśmy na cztery razy musieli wyliczać równanie, nie?), potem zaś zagadka, na której zgodnie wykładały się niemal wszystkie zespoły. Przynajmniej te męskie. Rozpoznanie trzech gatunków herbat na liście, obejmującej prawie 30 propozycji - tego się nie da zrobić. Zwłaszcza, że tak bez pudła to jestem w stanie rozpoznać dwa gatunki herbat - gorzką i posłodzoną. Krzysiek, zdaje się, podobnie - więc "zarabiamy" pierwszy karny PK do podbicia na odcinku BnO, który nas czeka pod koniec rowerów.

  A podczas rowerów można się było przekonać, że:

a) samochodami to tu jednak jeżdżą inaczej, niż w Warszawie. Znaczy - wolniej, rzadko stosują "późne żółte", za to później ruszają ze świateł. Generalnie - spowalniają ruch

b) masa lasów  w tym mieście

c) a w tych lasach sporo ciekawych miejsc

 Jedziemy na czele stawki, więc tak naprawdę nie wiadomo, co się dzieje z tyłu. Wiadomo za to, że goniącym będzie łatwej odrobić straty, bo postarałem się o to dwa razy. Najpierw - wtopa na łukach. Ale w jakim stylu! Pierwsza strzała w celu, druga też, zostały cztery - z których trzeba było trafić już tylko jedną (zaliczano za 3/6). Jak się łatwo domyślić, nie trafiła już żadna - a my zarobilśmy kolejny PK do podbicia.

(Łuczniczka, ale nie bydgoska. Tamta jest z metalu i występuje topless)

  Drugi bonus czasowy dla grupy pościgowej funduję na odcinku, który działał trochę jak Trójkąt Bermudzki - niby na początku wszystko gra, po czym wypluwa cię nie wiadomo gdzie. Zdaje się, że nie tylko nas, zresztą. Potem już przelot do Myślęcinka, czyli odcinka, gdzie mamy biegać na orientację, odrabiać kary za niewykonanie zadań specjalnych (czyli jeszcze trochę pobiegać na orientację) a także wykonać trzy ostatnie zadania (na które trzeba, jak się łatwo domyślić, dobiec na orientację). No - może nie na wszystkie...

(...jedno wymagało machania wiosłem i strzyżenia uchem; czyli runda wokół bojki w kajaku z zawiązanymi oczami. Partner pokrzykiwał, nawigując)

   Bieganie, jak bieganie - ale parę godzin dość żwawego wuefu daje się odczuć. Jesteśmy mniej-więcej w połowie tego odcinka (wliczając zadania i karniaki do zaliczenia), kiedy widzę, że z Krzysiem coś nietęgo. Nie biegniemy za szybko, ale zastanawiam się, czy mu nie zaproponować chwili odpoczynku w marszu. Po co ma się zajechać, do mety już nie tak daleko... Troska o partnera pojawiła się w samą porę. Dwie minuty później - bez żadnego ostrzeżenia - ktoś wyjął mi wtyczkę. Żadnych tam objawów wcześniej, zwalniania czy coś. Odcięło mnie od zasilania jak Pudziana po minucie walki. Krzysiek podbija dzielnie punkty; jak na gościa, o którego stan używalności się martwiłem chwilę temu, porusza się zdecydowanie za szybko. No, a jaka satysfakcja do tego... "Zjedz coś na przepaku, popij" - słucham mądrych porad. Lata doświadczeń przez gościa przemawiają. Rower do mety niby krótki, ale agonia trwa. Pomagają dopiero poziomki, rosnące na kolejowym nasypie.

 Na deser jeszcze jeden drobiazg, ale taki na dobicie. Rowery zostają w bazie, sama meta jest niecały kilometr dalej - za to na sporym wzniesieniu. Z drugiej strony - przecież mogli kazać wdrapać się jeszcze na szczyt wieży ciśnień, która na tej górce stoi. A to już było w bonusie, dla chętnych.

(AR to sport rodzinny; w jednym zespole dzieci i emeryci. Młody człowiek wytęża umysł w poszukiwaniu kolejnej, ciętej, riposty. Wszystkie zdjęcia ze strony organizatora; większość autorstwa Staszka Rittera)

  A tak w ogóle - to było bardzo fajnie. Pomijając już wynik; wątek socjologiczny (różnice pokoleń a tempo napierki na rajdzie), wątek krajoznawczy (Bydgoszcz to jednak nie tylko tyfusowo), jak również towarzyski... Cudo. Znacznie fajniej jest startować, niż organizować, jednak. Zwłaszcza, że ekipa Konwalii z Markiem Gallą na czele daje radę. Jak się da - wracam za rok.