Bydgoszcz po raz drugi

  Ostatnio (czyli przed rokiem) było w tej Bydgoszczy miło, więc doszło do recydywy. Bydgoszcz City Race rozgrywano po raz drugi, po raz drugi też nasz dzielny team wystawił do boju swoją ekipę. Tym razem moim partnerem był Kornel Jaskuła, dzięki czemu w klasyfikacji na najstarszy zespół zawodów byliśmy chyba na 2.miejscu, za to z pewnością wygraliśmy w kategorii: najdłuższy czas dojazdu na imprezę. Niemniej, było warto. O czym poniżej...

  Prolog w tym roku miał formułę Quiz Race; przekładając na ludzki język, trzeba było odpowiedzieć na pytanie, żeby trafić na właściwy PK. Na mapie zaznaczono bowiem po trzy możliwe lokalizacje punktów kontrolnych - ale tylko w jednej (tej od właściwej odpowiedzi) był lampion z perforatorem. Oczywiście - można było zrobić tak, jak jeden z zespołów; chłopaki przelecieli przez wszystkie, zaznaczone na mapie, punkty, po czym na mecie odcinka spytali zdziwieni: "a po co te pytania z boku?" No, ale nie każdy ma takie nadwyżki mocy. Chociaż, uczciwie trzeba powiedzieć, że robiliśmy z Korkiem sporo, by sobie ten etap utrudnić. Na początek super wariant, dzięki któremu przez zaliczany na początku PK przebiegaliśmy ponownie - na deser zaś błąd o kilometr z hakiem. Tyle od granicy województwa podlaskiego leżą wiadukty w Stańczykach; pytanie dotyczyło lokalizacji. Pewnie wskazałem podlaskie i ten kilometr z hakiem dołożyliśmy także do biegania w Bydgoszczy, bo punkt stał tam, gdzie wskazywała odpowiedź: "warmińsko-mazurskie". Na pocieszenie pozostała nam świadomość zachowania fair-play; przy quizie ani razu nie skorzystaliśmy z wszystkowiedzącego telefonu. Pokusa była tym mniejsza, że telefon został na starcie.

(jeszcze chwila - i wybierzemy bardzo głupi wariant...)

  Po tych logistycznych i taktycznych sukcesach na prologu rozpoczynaliśmy etap rowerowy. Kornel jechał na pożyczonym sprzęcie; piękny, ciężki full bez blokady, z zatrzaskami, które nie pasowały do butów Korka. Na zmiany przy jeździe w związku z tym nie miałem prawa liczyć... I tu - przy okazji - podziękowania dla kolegów ze sklepu/serwisu naszosie.pl, którzy tuż przed zawodami wymienili mi opony (na węższe), blat (na większy) i napęd (na sprawny). Jeden współpracujący rower na dwóch to i tak luksus, nie?

(Zwycięski mix popyla na rowerach)

 Trasa była szybka, z przerwami na zadania. Korek dzielnie zeskakiwał z roweru, by podbijać punkty - albo powiosłować na SUPie, na przykład. Zadań, jak zwykle, od groma. No i niebanalny przerywnik w postaci czegoś, co z daleka wyglądało jak procesja albo blokowanie drogi - a okazało się X Jubileuszowym Zjazdem Bożen i Bożenn. Na drodze do jednego z PK (orientacja + radioorientacja) spacerowało coś pod dwieście pań, ubranych w radosne, czerwone ciuchy (i kilku facetów z wąsami schowanych z tyłu; pewnie kibice i miłośnicy). Panie (Bożeny, zapewne) uśmiechały się i machały, to odmachaliśmy też. Na dłuższe wymiany grzeczności nie było czasu (właśnie wyprzedziliśmy dotychczasowych liderów i mieliśmy ochotę ich urwać) - więc pozostaje tylko zadedykować piękną piosenkę o miłości: 

 Rowery kończyły się w bazie - czyli w centrum miasta, skąd na butach ponownie, choć wariantem nieco okrężnym, wróciliśmy na północny zachód. Po drodze kilka szalenie atrakcyjnych miejscówek. Wieża ciśnień (na schodach Korek przydzwonił głową, aż zahuczało), galeria handlowa, kopuła Bazyliki. Jakie czynniki zostały poruszone, że pozwolono nam tam wejść - nie wiem, nie wnikam, ale na pewno było warto. Choćby z uwagi na miłą sędzinę trasy. Kolejny przelot na ścianę wspnaczkową; tym razem nie pielgrzymka, nie Bożenki, tylko impreza rowerowa. Mnóstwo ludzi, ulica zapchana, ale tempo mieli takie bardziej pogrzebowe. Mimo, że z głośników nastawionych na full zagrzewał ich do boju Fatboy Slim na przemian z lekko zachrypniętą konferansjerką, uczestnicy rowerowego korowodu jechali wolniej, niż my biegliśmy. Ale może oni robili to dla przyjemności? 

  Aha, bo o pogodzie jeszcze nie było. Aura nie sprzyjała wzmożonemu wysiłkowi; temperatura nie była nadzwyczajnie wysoka, ale za to wilgotność - owszem. Trawestując klasyka - słynna bydgoska duchota i parota. Co dało się odczuć zwłaszcza na zadaniu linowym; w hali bez wentylacji, na wysoko powieszonej linie. Tym razem Korek wykazał się lepszym refleksem: "To ty idź, ja zrobię na crossficie". No, to idę. Pod sufitem hali leje się ze mnie, niczym w saunie. "Nie spiesz się, będą stop-czasy" - słyszę z dołu, więc lezę po tej linie jak mucha w smole. Niby dobrze - bo się nie zmęczę, ale z drugiej strony - zaraz się wypocę do kości. Dobrze, że ten mostek nie był za długi.

(Kornel w locie, Igor lewituje)

 Cross-fit, jak się okazało, i tak robiliśmy we dwójkę (jeden skacze, drugi wisi; potem była zmiana) - podobnie, jak łuki. To ostatnie zadanie; sędziowie poinformowali nas o przewadze nad kolejnym zespołem i troszkę to nas zdemobilizowało. Końcowy odcinek przez las to już tempo spacerowe; pod górkę na piechotkę (ustaliliśmy, że Kornel podbiegi robi w czwartek, a ja od lipca). Przed kajakami i tak musieliśmy jeszcze odczekać trochę minut (chodziło o wyrównanie szans na linach, gdzie mogły tworzyć się korki), po czym wskoczyliśmy na wodę.

(To akurat już bardziej industrial, ale zdjęcie piękne. A więcej takich ładnych fotografii Staszka Rittera na fb zawodów)

 I trudno uwierzyć, że taki malowniczy odcinek płynęliśmy w granicach dużego, bądź co bądź, miasta. Z dziewięciu kilometrów spływu z siedem wyglądało jak wyjęte z jakiejś leśno-sielskiej okolicy. Nurt troszkę pomagał, upał zelżał ( w odróżnienu od wiatru, ma się rozumieć). No - błogość.

 Bardzo to przyjemna tradycja się robi, te czerwcowe wypady do Bydgoszczy...