Krótko o CZAR

  Krótko, bo nie za bardzo jest się o czym rozpisywać. Mój tegoroczny występ na CZAR można określić jako przedłużony prolog - a szkoda, bo same zawody były jedną z najbardziej interesujących i rzeźnickich wyryp, jakie miałem okazję oglądać z bliska. A wszystko przez to, że tę reklamę z Jędrkiem za późno powiesili.

  Ale, od początku; tegoroczny CZAR był zdominowany przez Polaków prawie tak samo, jak Terra Incognita w 2002 (posłuchajcie, dzieci, opowieści dziadka...). Na starcie - na ogólną liczbę około 20 kapel, z czego połowę stanowili Czesi - miało stanąć 4,25 polskich zespołów; nie dotarł wprawdzie AR Poznań, ale byli Dziabnięci Lunatycy (Marzka i Artur Moroń, Radek Defeciński, Piotr Jaśkiewicz), AdventureSport.pl (Agata Błotnicka, Jacek Galla, Mateusz Talanda i Jakub Król) i mieszany (PL-UKR-USA) team Awesome z Tomkiem Radczukiem. Nasz dzielny zespół (Colca Peru/Team 360) wystąpił w eksperymentalnym i skleconym na tydzień przed zawodami składzie: Marysia Lebioda, Piotrek Dopierała, zakontraktowany przy współpracy kolegów z Czech Tomek Protiva oraz ja. 

(Kolka 360 na starcie - od lewej: Tomek, Piotrek, Marysia, Igor)

 Pierwsze emocje orgowie zapewnili już dzień przed startem, kiedy rozdali roadbooki. Były tam opisy PK oraz parametry etapów i przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że trasa miast niespełna 400 km będzie mierzyć niespełna 500 km - zaś przewyższenie ma dochodzić do 12 km. Jak nie liczyć, wychodzi z 70 godzin solidnej napierki - co przy limicie 75h dawało niewielki margines na błędy, słabości i autorską interpretację wariantów. Niemniej, nastroje dopisywały, bo pierwszy i drugi dzień zawodów miały być słoneczne. 

(Warianty mistrzowskie na papierze. Wspierane przez eliksir, w ręku Piotra)

 Ciepło, faktycznie, było. Tym bardziej, że już prolog (5 km, 400 metrów przewyższenia) dawał podstawy, żeby się zasapać. Na rowerach (ponad stówka, prawie 2,5 patyka w górę wg roadbooka) też nie lepiej. Ponieważ zaczynaliśmy rozważnie i spokojnie, tętno przekraczało wartości graniczne tylko na tych bardziej stromych podjazdach. Te zaś (podjazdy) dzieliły się na takie, które dawało się podjeżdżać na dużej tarczy, te, które można było ujechać na małej i te, które trzeba było pchać, bowiem były niepodjeżdżalne. Ta klasyfikacja nie dotyczyła Piotrka, który miał to wszystko przesunięte o jeden stopień w dół i bezczelnie podpychał (także rywali, dżentelmen szos jeden) kogo się dało na tych sztajchach.

 Słońce dawało jak opętane a zawodnicy musieli wyglądać tak sobie, bo na jednej z tych niepodjeżdżalnych dróg ustawiły się wzdłuż trasy dzieci miłosierne. Takie w wieku 5-8 lat. Chłopcy przybijali piątki, dziewczynki z empatią zaglądały w oczy i podtykały pod nos cukierki i kubki, pytając: Chcete bonbonu, chcete vodu?.. Jak tu nie lubić tych Czechów - bardzo dobrze wychowują dzieci. Bonbona nie pobrałem - i to musiało się zemścić, bo pół godziny później już zafundowałem koleżeństwu z zespołu pierwszy, nieplanowany postój na łapanie oddechu. Wszystko przez te billboardy...

  Postojów było jeszcze kilka. Na rowerze, na przepaku, na pieszym (tam nastąpiły próby reanimacji poprzez wprowadzenie do organizmu eliksiru o ekstrakcie 10°, ale to chyba było już za późno). Końcówka mojego występu to popisy wokalne ("nie musieliśmy się martwić, czy idziesz w nocy za nami - sapanie było słychać z daleka.."), po których okoliczna fauna zapewne do teraz dochodzi do siebie. W każdym razie - jeśli tak mają astmatycy, to lepiej rozumiem teraz niemoc Kiełbaski przed 10 laty w Tatrach. No i złego słowa już nie powiem na Marit podczas transmisji. 

(Bolsowanie. W tle dzieci, które korzystały z linowej infrastruktury)

 Lekarz, który w trakcie mojej zwózki z trasy zadawał mnóstwo pytań na temat profilu demograficznego Warszawy i jej zabytków, osłuchał płuca i zawyrokował, że to jakiś wirus. Gdyby ten billboard... No,ale mniejsza. Koledzy z teamu pospacerowali w nocy, ale trochę z nich zeszło ciśnienie, bo nad ranem też zakotwiczyli w bazie. Drugiego dnia wdrożyliśmy więc program turystyczny (czyli zwiedzanie okolicznego zamku i muzeum), po czym zaliczyliśmy skałkowo-linową atrakcję imprezy, czyli Bolscross. Dla tych, którzy nie startowali nigdy na CZAR - godzina łupania po linach, skałach i między skałami w górę i w dół. Dobrze, że to był tylko wirus - więc starczyło prądu także na wycieczkę na kanioning. Który okazał się spacerem w rzeczce, zakończonym skokiem do wody i pływaniem. Ale bardzo to fajnie i malowniczo wyglądało. Tomek zaś dołączył do zdekompletowanych Holendrów na kajakach "mam wolne do niedzieli, rodzina na wakacjach, to skorzystam"- mówił przed tą wycieczką. Po odcinku kajakowym - zasadniczo zmienił zdanie.

(Gotowi na kanion)

 Wszystko wyglądało bowiem pięknie tylko do połowy drugiego dnia zawodów. Wtedy przyszedł deszcz i zmiana pogody; temperatura spadła o jakieś 15 stopni a my z zainteresowaniem śledziliśmy, kto i kiedy wymięknie w tych warunkach. Awesome skracało trasę już wcześniej, dzięki czemu byli w stanie - po skrótach - dotrzeć do mety. Dziabnięci rzucili ręcznik przy kajakach; Adventuresport.pl na kajaki weszło, ale w trakcie zrezygnowali z płynięcia. Kajaki zostały na brzegu a nasi koledzy wrócili na rolkach na przepak, skąd pojechali ostatni odcinek rowerowy do bazy i potem poszli jeszcze na Bols i trek. Gdyby ktoś myślał, że te polskie kapele to zgraja cieniasów, niech weźmie pod uwagę, że w limicie na mecie zmieściły się ledwie cztery zespoły. Przy czym - gdyby organizatorzy nie skrócili ostatniego treku o połowę, to zapewne z całą trasą poradziliby sobie w limicie 75 godzin tylko zwycięzcy, czyli fiński Multisport. A tak, Petri Forsman i spółka łupali po okolicy niemal 68 godzin.

 Ekipy, które darły do końca limitu, zasługują na wielkie uznanie. Trzeciego dnia wybraliśmy się na jaskinie (było kilka takich PK), gdzie napotkaliśmy zespoły czesi i szwedzki. Poza słowami otuchy załapali się na nasze zapasy prowiantu na trasę; pomoc z zewnątrz, ale nie planowana. Co tu dużo gadać - zazdrościliśmy im, że nadal walczą. 

(Teamowa wycieczka jaskiniowa. U Tomka zwracaja uwagę: a) parasolka b) sok z kapusty w kieszeni)

 No, dali czadu organizatorzy - Dejna, Tomek, Petr i Jirka. Za co wypada pięknie podziękować, bo zawsze warto zobaczyć, jak wyglądają trudne zawody. Z którymi na pewno już teraz dałbym sobie radę, bo stosowna reklama już wisi. Jaka znowu reklama? Ano ta, na której Jędrek Bargiel uśmiecha się tak półgębkiem. A obok jest napis: "Nic cię nie pokona". Gdybym to wcześniej przeczytał, ach, gdybym...