Zuchwały Janek, czyli relacja z okolic Włocławka

   Miniony weekend już był gęsty od rozmaitych imprez z mapą w roli głównej; jedną z nich obstawili Kasia Polak i Janek Lenczowski, którzy startowali w Złocie dla Zuchwałych. Poniżej relacja Janka, który na trasie pieszej 50 km (jak się okazało, zdecydowanie więcej, niż 50) zajął drugie miejsce...

Złoto czy błoto, w każdym razie dla zuchwałych.

Postanowiłem być zuchwały i wyruszyć na swoją trzecią 'pięćdziesiątkę' w tym roku. Mieli się stawić przeciwnicy pierwszego sortu, więc zuchwałości nie mogło mi brakować. Na trzy dni przed startem dowiedziałem się od swej żony, że zawody będą w niedzielę, a nie jak się spodziewałem w sobotę. Czasem dobrze spojrzeć na stronę zawodów i sprawdzić daty... Tak czy owak pojechałem, a dzięki późniejszemu terminowi miałem jeszcze dzień laby od treningu. Na miejscu okazało się, że ze względu na kontuzję ze startu zrezygnował najgroźniejszy, jak się wydawało, przeciwnik – Michał. Nie zabrakło za to Marcina Sontowskiego, a na dodatek pojawił się Paweł Jankowiak, o którym wcześniej zaledwie to i owo słyszałem, a jak się później okazało, zdeklasował wszystkich pozostałych zawodników.

W niedzielę kazano nam wstać o nieludzkiej porze: 4.45, by zdążyć na start o 6 punkt. Wyzbierałem się, tym razem logistyka już była przećwiczona i na szóstą wszystko było gotowe. Dostaliśmy mapy, punktów na nich było jak mrówków, do tego nieuporządkowane, tylko rozrzucone bezładnie po mapie, za co budowniczemu trasy należałaby się ostra reprymenda. Czasu do przemyśleń nie było wiele, więc zdecydowałem na kierunek przeciwny do wskazówek zegara, potem uznałem, że lepiej odwrotnie, bo zgodnie ze wskazówkami punkty były łatwiejsze, a jeszcze się na dobre nie rozjaśniło, więc moje pół-ślepe oczy bardziej na te kierunki rokowały. Umysł jednakże okazał się przewrotny i skręciłem ze szkoły na zachód, po jakiś 30 krokach zorientowałem się co do błędu, ale upór i duma nie pozwoliły mi na zmianę kierunku i powróciłem do koncepcji przeciwnego do wskazówek zegara kierunku. Jeszcze chwila i byłem w lesie, a potem już tak zostało na jakieś 7 godzin. Górki, dróżki, lasy, młodniki i po kilku kilometrach, jak zwykle przypomniałem sobie, o nie włączonym zegarku do pomiaru dystansu. Biegło się całkiem przyjemnie, robiło się ciepło i słonecznie, punkty wpadały leniwie, aż do punktu przy rowie, którego jak na złość nie było. Oblazłem dookoła wszystkie okoliczne drzewa, ponieważ organizator ma w zwyczaju umieszczać oznaczenia punktów po drugiej stronie pnia, bez względu na to, z której strony akurat przychodzę. Kiedy obchodzenie drzew nie dało rezultatu, wybrałem się jeszcze na spacer wzdłuż rowu w te i wewte, za chwilę byli już za mną następni zawodnicy: Dariusz Wszeborowski i Mikołaj Korabiewski. Gdy mnie dogonili uznałem, że wpisuję BPK, co prawda nie miałem karty startowej, ponieważ zaliczaliśmy trasę neomodernistycznie za pomocą technologii mobilnej, tym niemniej BPK było już nieuniknione. Chłopaki jednak punkt znaleźli i zawołali mnie, gdy się oddalałem. Jakiś uczynny człek zdjął go z drzewa i wkopał 30 metrów dalej w kępę trawy, widocznie uznał punkt za źle ustawiony i przesunął go w słuszniejsze z punktu widzenia klasycznej szkoły budowania tras miejsce, na skrzyżowanie elementów liniowych, a w tym konkretnie wypadku przecinki z rowem.

Nieco zrażony stratą czasową ruszyłem w kierunku południowym, by już dwa punkty dalej ponownie wtopić, ale tym razem już z własnej nieprzymuszonej woli. Dariusz i Mikołaj tymczasem uciekli mi w kierunku Królowej Rzek Polskich. Po odnalezieniu nieszczęsnego, feralnego punktu na rogu kultur, pozostała mi akcja Wisła. Obrałem właściwy kierunek i choć drogę zastąpił mi wredny, gęsty młodnik i zamarznięte bagno, to ostatecznie dotarłem nad rzekę, którą poznałem bezbłędnie po szerokości. Zbiegłem nad brzeg, by dokonać zaślubin, jednocześnie odliczając 100 kroków, od figurującej w opisie ambony, by z pewnym niedowierzaniem ujrzeć oznaczenie punktu za mną, w górze, na wysokiej skarpie. Potem już tylko napawałem się pięknem przyrody biegnąc wzdłuż szeroko rozlanych wód, tu i ówdzie skutych lodami i porośniętych przez kaczki. Nad głową latały mi klucze ptaków, to znów ptaki pojedyncze, a nawet i łoś przeleciał jednokrotnie, ten jednak wykorzystał w tym celu stały grunt pobliskiego wzniesienia. Na punkt żywnościowy dotarłem jak się wydawało pierwszy. Wywnioskowałem to z nieotwartego opakowania z ciastkami. Po rozpieczętowaniu tychże, nie bacząc na obfite zapasy wody na punkcie, pognałem dalej, tym razem w kierunku północnym, gdzie teren miał przykrą tendencję do wznoszenia się ku górze. Po drodze ujrzałem swego przeciwnika Marcina, który bieżał z kierunku przeciwnego i wydawał się być w przewadze, nie liczebnej co prawda, ale moralnie górował nade mną z pewnością, jako że zaliczyłem dopiero 12 punktów z 27. Jak się później okazało on również nie wybrał jednak optymalnego przebiegu.

(to chyba akurat nie Wisła...)

Na następnym punkcie znów straciłem kilka minut, przechodząc koło drzewa, na którym PK był przyklejony z drugiej strony. Moi prześladowcy, Dariusz i Mikołaj znów mnie dopadli. Jakiś czas biegliśmy w bliskim sąsiedztwie, potem jednak uznałem, że trzeba przyśpieszyć i pokłusowałem znów na południe. Kolejne punkty udawało się znajdować, spotkałem też Duszaków, którzy jak zwykle podzielili się dobrym słowem. Błędy już prawie się nie zdarzały, jednak dystans nie chciał się skracać. Po ok. 50 kilometrach do mety ciągle było strasznie daleko, a do tego zrobiło się za ciepło. Umysł zaczął zatracać ostrość, a liczenie przecinek zaczynało szwankować, mimo że nie było ich nigdy więcej niż liczba palców w lewej nodze. Ostatni punkt, którego de facto zapomniałem zabrać biegnąc na początku, był na wyjątkowo stromej górze, a do tego jak na złość, nie na tej, na którą się wdrapałem. Potem jeszcze dobieg do bazy i trasa zaliczona. Oj długo się było w lesie...

A na mecie Paweł Jankowiak, który przybiegł pierwszy, już chyba zapomniał, że były jakieś zawody. Długo się naczekał na kolejnego zawodnika, którym to ja okazałem się być. Niebawem przybył jeszcze Marcin Sontowski i pudło już było skompletowane.

Ogólnie trasa urokliwa, zabawa przednia,  nabiegałem ok. 68 km, pierwszy Paweł 60 km., a trzeci Marcin 66 km. Wśród kobiet znów wygrała Ania Sejbuk. Sam, jako budowniczy, lubię trochę 'wydłużać' 'pięćdziesiątki', więc teraz miałem okazję poczuć to na własnych nogach.

Podziękowania dla Organizatorów tego miłego spaceru.