Kilka zdjęć - ale wyniki wszystkie!

  Nadrabiamy - częściowo - straty po pełnym emocji dniu. Wiosenne 360° 2018 przeszły już do historii - a szkoda, bo było bardzo sympatycznie. Wprawdzie w nóżki było wilgotno, ale za to słońce i humory uczestników dopisywały... Co można sobie, między innymi, obejrzeć na załączonych poniżej fotkach Piotrka Siliniewicza. Jest to część dużo większej całości, oczywiście. Aha - gdyby ktoś chciał się pochwalić swoją galerią fotografii z Wiosennych, to proszę się nie krępować. Czekamy na takie autodonosy z utęsknieniem - czy tu, czy na fb lub innym insta. 

 No, to teraz o wynikach. Jak zapewne zauważyliście, po raz pierwszy na tej imprezie zastosowaliśmy system SportIdent, dzięki czemu teraz - zamiast przekopywać się przez stosy kart startowych, możemy opublikować pełne wyniki i wreszcie iść spać (tym bardziej, że w niedzielę trzeba zdjąć punkty kontrolne...). Gdzie te wyniki? Ano - w załączniku... Więcej materiałów (mapy, może relacje? - też zachęcamy do popełniania takiej literatury i dzielenia się z innymi) - już wkrótce!

ZałącznikWielkość
wiosenne_w.html32.64 KB

Komentarze

Krótka relacja z trasy TR20.

Krótka relacja z trasy TR20.

Piękna pogoda, słońce, ciepło (przynajmniej dla tych, którzy startowali trochę później). Dobrze, że ruszyłem się z domu. Dojazd samochodem na start wybrałem drogą od strony Kołbieli. Skręciłem w jakąś drogę w lewo i nagle po kilkuset metrach kończy się asfalt. No ładnie, teraz będę jechał kilka kilometrów po niby utwardzonej drodze. Ale nagle olśnienie - ja kiedyś jechałem tą drogą (i nie było to związane z zawodami na orientację) i to jest droga szutrowa gdzie w sprzyjających warunkach można jechać 60 km/h. Dobrze, że miejscami zwalniałem bo nagle przez drogę przebiegają sarny przejeżdża dwóch rowerzystów. Czyli kierunek prawidłowy.

Start wspólny, mapy wyglądają na podobne, więc trochę ciężko wyczuć kto jedzie tylko 20 km, a kto 50 km. Ja wybrałem wariant zgodnie z ruchem wskazówek zegara. To mój ślad z TR20:

Ze znanych mi osób przede mną jedzie Bartek Niebielski, ale cały czas się oddala. Okazuje się, że nie na długo bo przy 33 znów się spotykamy. Kolejny punkt ja wybieram 38, Bartek jedzie w lewo do 36. Po kilku(nastu) minutach zdziwienie - znów widzę Bartka przed PK 39. Czyżby oba warianty były zbliżone? No nic. Do tego miejsca było w miarę sucho. Przed startem Igor wspominał, że suchą nogą to raczej nie da się ukończyć tego rajdu. Teren zaczyna być wyraźnie podmokły, na początku próbuję jeszcze poruszać się po kępach traw, które wystają nad wodą - jazda na rowerze w tym miejscu bez szans. Takie głupie skakanie po kępach trwało do momentu aż ukazała się ścieżka z dwoma głębokimi koleinami po samochodach ciężarowych wypełniona po brzegi wodą. Igor miał rację - nie da się na sucho. Jednak trzeba było od razu nie przejmować się mokrymi butami. Trudno.

Jadąc do kolejnego PK 40 próbuję odnaleźć dwie ścieżki. Niestety są słabo widoczne i całkiem zalane wodą, więc jadę za daleko i muszę wrócić (później z loga gps okaże się się straciłem 2:30 min). Kolejny raz przedzierając się przez wodę znów widzę Bartka. Czyżby już zdążył podbić 41? A może on nie ma na mapie 41 bo wiedziałem, że jedzie na 50 km więc mapy może się czymś różnią? Mapy mieliśmy jednak takie same, a przez nieuwagę Bartek nie zaliczył jednego PK (wg mnie właśnie 41) i przez to nie wygrał rywalizacji na TR50.

Ja potwierdziłem 40 i później 41 (z lekkimi problemami - znów za daleko pojechałem i niepotrzebna strata kolejnej minuty). Kolejny cel to 44 i 45. I tu nagle wyłączyła się czujność. Zamiast skoncentrować się na na najbliższym punkcie to cały czas kontroluję dojazd do 45. Nagle ukazuje się skrzyżowanie z drogą szutrową, którą wcześniej jechałem samochodem, szukam tej drogi na mapie i olśnienie - znów przejechałem PK i kolejne 3 minuty w plecy. 

Dalej już nie było większych błędów, jeszcze po PK 55 (ostatnim) poświęcam kilkanaście sekund na sprawdzenie czy wszystkie PK potwierdzone i kieruję się w kierunku mety. Za sobą nie widzę nikogo więc za bardzo nie spinam się na błotnistej drodze. W końcu dojeżdżam do ostatniej prostej w kierunku mety. Z szybkiego pomiaru "na oko" wychodzi mi, że do mety jest ok. 1 km. I nagle z prawej strony widzę rowerzystę, którym okazuje się Krzysztof Bernady i to on pierwszy wjeżdża na tą szutrówkę. Zupełnie zapomniałem, że były DWA warianty jazdy - w lewo albo w prawo. Ponieważ ja jechałem na wprost to siłą rozpędu udaje mi się go wyprzedzić i nawet odskoczyć na jakieś 30 metrów. Po kilkuset metrach ze zdziwieniem stwierdzam, że Krzysztof mnie nie dogania. On pewnie był jeszcze bardziej zdziwiony, że nie może mnie dogonić :)

Niestey przewagę łatwo roztrwoniłem tuż przed metą. No właśnie - gdzie konkretnie jest meta? Wybieram opcję, że przy balonie START/META, który stoi tuż obok głównej drogi. Duuuży błąd, nie dość, że muszę zwolnić przed szykaną aby dojechać do balonu to okazuje się, że brak puszki META przy tym balonie. Krzysztof miał tą wiedzę, więc od razu pojechał w kierunku budynku szkoły i przed wąską furtką zrównaliśmy się. Ponieważ nie chciałem spowodować niepotrzebnej kolizji - odpuściłem (a byłem z prawej strony) i przegrałem o 1 sekundę (!). Trudno, to nie Mistrzostwa Świata czy Polski. I taka przegrana jednak trochę boli - gdzie ja mogłem stracić JEDNĄ sekundę? Analizując log gps doszukałem się głupio straconych 8 minut (!), ale tak naprawdę przegrałem na mecie. Po prostu nie upewniłem się, gdzie konkretnie ona jest. Co prawda dopiero po naszym przyjeździe był ustawiony w widocznym miejscu stojak META, ale nie zmienia to faktu, że Krzysztof wykazał się większym cwaniactwem wyścigowym i gratuluję mu wygranej.