Wielka Maja, brawo Polacy!

  Sprinterskie konkurencje na WOC 2018 na Łotwie już za nami; w związku z czym należy wznieść okrzyk na cześć naszych reprezentantów: brawo, brawo! Udane występy indywidualne, świetny bieg (9.miejsce!) w sprinterskiej sztafecie - ależ się to przyjemnie oglądało! Dziekujemy naszym Zawodniczkom i Zawodnikom za taki początek MŚ - no i czekamy na więcej, już w leśnych konkurencjach.

  Pokrótce - cała piątka, biorąca udział w sprincie indywidualnym, awansowała do finałów A. Prawie wszyscy (poza Olą Hornik) zanotowali w tych finałach swoje życiówki; OK,wiadomo, że w przypadku debiutantów to nie było zbyt trudne, ale wyniki wstydu nie przynoszą. Zuza Kubicka - 39. miejsce, Agata Stankiewicz - 30.lokata. Michał Olejnik - 26.miejsce i bardzo dobry bieg w końcówce. Piotrek Parfianowicz - trochę na odwrót; świetny bieg przez większość dystansu i błąd wariantowy w końcówce. Szkoda - skończyło się na 18.pozycji, a mogła być i czołowa dziesiątka! Inna sprawa, że różnice  w stawce były minimalne (Michał stracił do zwycięzcy nieco ponad minutę...). Ola Hornik uplasowała się najwyżej z Polaków - 16.miejsce też jej pewnie jednak w pełni nie zadowala, skoro też była w stanie ugrać więcej. Mizernym pocieszeniem dla Oli jest pewnie fakt, że na PK 8 ten sam (chyba gorszy) wariant wybrała Tove Alexandersson... Szwedka prowadziła potem jeszcze jakiś czas - ale końcówka należała już do kogoś innego.

(Ola Hornik w indywidualnym sprincie)

 Maja Alm przeszła w Rydze do historii światowej orientacji. Drobna Dunka zdobyła czwarty złoty medal w sprincie z rzędu; taki wyczyn nie przydarzył się wcześniej nikomu. Nawet wielka Simone Niggli (która tych złotych medali, nie tylko w sprincie, ma więcej) nie zanotowała takiej serii. Alm rozpoczęła bieg po złoto dość spokojnie; na pierwszej TV kontroli przegrywała także z Olą Hornik (inna sprawa, że Ola była wówczas bodaj 4. czy 5. w stawce). Na migawkach z trasy widać było, że obrończyni tytułu biegnie ostrożnie, wręcz maszeruje czy nawet przystaje... Do czasu. W środku dystansu było wiadomo, że Dunka walczy o medal - końcówka natomiast należała do niej. Na końcowych przebiegach zniszczyła wręcz rywalki, odrabiając straty i zapewniając sobie kilkunastosekundową przewagę nad Alexandersson i prawie pół minuty nad Judith Wyder ze Szwajcarii. Nie miało tu już znaczenia, że - w odróżnieniu od swoich najgroźniejszych konkurentek - instruowana przez kibiców od razu podbiegła do ostatniego PK, zamiast motać się z PK widokowym. Królowa (sprintu) jest tylko jedna, co miało się jeszcze potwierdzić dzień później.

  Wśród Panów także udało się obronić tytuł sprzed roku - dokonał tego Daniel Hubmann. Dla 35-letniego Szwajcara to już ósme złoto MŚ w karierze; wywalczone w chyba najbardziej zaciętym boju. Hubmann wygrał bowiem o 1,1 sekundy; o tyle wolniejszy był Tim Robertson z Nowej Zelandii. Szczęśliwie - pomysły, dotyczące startu masowego sprinterów to na razie pieśń przyszłości - ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet, gdyby puszczano ich razem, to bieg byłby równie wyrównany. Na całej trasie Daniel i Timmy bodaj dwukrotnie decydowali się na różne warianty (swoją drogą, nie wiem, czy to lepiej świadczy o budowniczym, czy o zawodnikach?) - ale nie wpływało to znacząco na ich międzyczasy. Na 2 PK przed metą Robertson miał jeszcze ułamki sekund przewagi - ale starszy o ponad dekadę Szwajcar, dopingowany na mecie przez córeczkę i ciężarną żonę - okazał się minimalnie szybszy. Tim - na pociechę - jest pierwszym medalistą MŚ z Nowej Zelandii. W regionie na razie górą Australia (złoto Hanny Alston  w 2006) - ale Robertson z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W końcu, w niedzielę obchodził dopiero 23. urodziny. 

(Stary mistrz, młody vice. Tak to wyglada dzisiaj)

 Równie ciekawa była walka o brąz. W odróżnieniu od rywalizacji o złoty medal, trudno nazwać ją "pojedynkiem", bo o trzecie miejsce i medal nawalało się aż pięciu gości. Szóstego (czyli ósmego na mecie, Martina Regborna ze Szwecji) nie liczę, bo do brązu stracił "aż" 8,8 sekundy. Pozostali zmieścili się w 3,3 sekundy; kolejno - Andreas Kyburz (SUI), Yannick Michiels (BEL),Matthias Kyburz (SUI), Emil Svensk (SWE) i Andreu Blanes (ESP). Mina Michielsa, który na mecie dowiedział się, że przegrał medalo 0,6 sekundy... Aż by się chciało przytulić kupić mu piwo na pocieszenie. Dodajmy, że Hubmann i Robertson biegali jednak w swojej lidze, bo mieli nad brązowym medalistą 20 sekund zapasu.

 To wszystko odbywało się w sobotę; w pięknym, odpicowanym, ze wszech miar malowniczym centrum Rygi. Niedzielne sztafety sprinterskie to był skok w zupełnie inną czasoprzestrzeń; jak gdyby orgowie chcieli przypomnieć, że wprawdzie Łotwa celebruje swoje stulecie, ale połowa tego okresu to przecież czasy sowieckie. Żulpark, w którym ścigano się o medale w sprinterskich teamach, trochę przypominał MP w Łodzi. Z tym, że na Bałutach na drogach jednak jest asfalt, co tu nie było regułą. Szczególnie intrygujące wrażenie robiły progi zwalniające, ułożone na wylotach z osiedlowych szutrówek. Poza tym jednak - trasy szybkie, jak na tę konkurencję przystało.

 Polacy biegli w składzie: Agata, Piotrek, Bartek Pawlak (nie startował indywidualnie) i Ola. I spisali się znakomicie; Agata przyprowadziła sztafetę na 12.miejscu; potem do boju ruszył Papuś, który zanotował 4.czas zmiany i awansował na 8.miejsce. Dodać należy, że na tej zmianie zanotowano najszybsze przeloty w gronie męczyzn - Kris Jones wyprowadził Brytyjczyków z 12. na 2. miejsce. Tim Robertson - dał awans Kiwi z 14. na 6.pozycję. Towarzystwo w czołówce tasowało się nieustannie - z jednym wyjątkiem; na czele pozostawali Szwedzi. Na trzeciej zmianie biegł Rino; mimo błędu na 1 PK trzymał kontakt z czołówką i przybiegł na 9.miejscu, które potwierdziła Ola Hornik. Dziewiąte miejsce - najlepsze w krótkiej historii sztafet mieszanych na MŚ i występów Polaków na tychże; brawa, dziękujemy!  

 W rywalizacji o medale Szwedzi na ostatnią zmianę (Karolin Ohlsson) wybiegali z dużą przewagą nad rywalami. Blisko siebie - ale około 50 sekund za liderami - ruszyli Czesi, Norwegowie, Szwajcarzy, Brytyjczycy i Rosjanie. Kolejna minuta - i wybiegali Finowie, Polacy i Duńczycy.

(Maja Alm w procesie niszczenia rywali. Fotografie z fb orgów)

 No właśnie; Duńczycy. Gdyby nie istaniała Maja Alm, to pewnie by ją sobie wymyślili, jak Calineczkę z baśni Andersena. Minuta straty na sprinterskich sztafetach to jest okropnie dużo - chyba, że jest się poczwórną mistrzynią świata w sprincie. Alm na początku uciekła Oli Hornik i Annie Närhi z Finlandii (druga w tegorocznym O-Ringenie, jak by co). Potem biegła samotnie, ale już na punkcie widokowym było jasne, że rywalki, biegnące przed nią, nie są bezpieczne. Może nie dotyczyło to Szwedki (100 sekund to jednak bardzo duży zapas na trasie, którą szybkie zawodniczki biegały w nieco ponad 14 minut). Judith Wyder ze Szwajcarii też biegła znakomicie (czyli pozostawała w bezpiecznej odległości); pozostałe zawodniczki - już nie. Alm kolejno mijała rywalki, wbiegając na metę na trzecim miejscu. Miała czas zmiany lepszy o blisko 40 seund od Wyder i niemal minutę od Ohlsson (a były to 2. i 3. czas zmiany). Dania z brązowym medalem; Szwecja (Alexandersson, Svensk, Jonas Leandersson i Ohlsson) obroniła tytuł, Szwajcaria ze srebrnym medalem. Można się zastanawiać, jak by to wyglądało, gdyby zamiast Floriana Howalda i Fabiana Hertnera pobiegli w gronie Helwetów panowie Kyburzowie albo Hubmannowie - ale, nie nasze to rozterki.

 Ryga już pożegnała uczestników WOC; od wtorku - medalowe biegi w lesie. Czyli w okolicach Siguldy, slynnej dotychczas w świecie sportu z uchodzącego za bardzo trudny technicznie tor bobslejowo-saneczkowy. Udanych ślizgów, zatem!