Powrót na zwycięską ścieżkę

  Jak zapewne pamiętają liczni kibice Janka Lenczowskiego, wiosna była nieustającym pasmem sukcesów naszego kolegi z teamu. Potem coś się zacięło - ale nie ulegało wątpliwości, że tylko na moment... Czego dowodem jest kolejne zwycięstwo Janka w pieszej pięćdziesiątce. Tym razem łupem naszego czempiona padła Świętokrzyska Jatka - o czym sam wygrywca pisze obszernie i smakowicie poniżej...

  

Kolejne już zawody z cyklu maratonów na orientację w tym roku, już straciłem rachubę, może ósme, a może dziesiąte?

Tym razem po dłuższej przerwie i po czarnej serii kilku startów bez podium. Dwie kluczowe dla mnie imprezy pucharowe: DyMnO i Mazurskie Tropy nie były dla mnie udane, nie najlepiej wyszła Rudawska Wyrypa, potem przyszedł wycof z Grassora i awaria roweru na Krwawej Pętli.

Nic dziwnego, że nie spodziewałem się za wiele po Jatce.

Z czołowych zawodników pojawili się Piotrek Kwitowski i Mateusz Komorowski.

Najtrudniejszym przeciwnikiem, okazał się jednak upał.

Gorąco było już nawet rano. Organizator zawodów i budowniczy trasy Łukasz wykonał szybką odprawę i ruszyliśmy na trasę.

Zdając sobie sprawę z warunków zacząłem powoli. Wybrałem kierunek przeciwny do wskazówek zegara i nie sugerując się innymi zawodnikami pobiegłem skrótem drogą szutrową, dzięki czemu za chwilę byłem na prowadzeniu. Pierwszy punkt już pokazał, że nie będzie łatwo. Stare pozarastane drogi polne i gęstwiny nie ułatwiały dostania się na punkty.

Przed biegiem przeczytałem, że na trasie prawie nie ma lasu. Spodziewałem się łatwych przebiegów po polach z dobrą widocznością i banalną nawigacją, rzeczywistość okazała się jednak inna. Liczne dolinki i wąwozy porośnięte gęstymi krzakami i zdziczałe sady nie dawały wcale łatwych przebiegów, drogi często zarośnięte były pokrzywami i jeżynami. Wzięcie krótkich spodenek nie było rewelacyjnym pomysłem i nie pierwszy raz zdarzyło mi się żałować tej decyzji.

(zdjęcie nie pasuje najlepiej do tego fragmentu opowiadania, ale puentę i tak znacie...)

Ze względu na upał trzeba było sporo pić, na szczęście na kilku punktach organizator zostawił duże baniaki z wodą.

Tempo i nawigacja szły całkiem przyzwoicie. Wydawało się, że meta już blisko. Po pięciu godzinach miałem już przebiegnięte ok. 40 km. w trudnym terenie i upale. Do końca pozostało już tylko ok. 10 km. gdy odcięło mi ładowanie. Na nic było picie, gdy organizm się przegrzewał, żar lał się z nieba, nie było gdzie schować się przed słońcem, biec już się nie dało.

Przeszedłem do marszu, każde kolejne wzgórze stawało się coraz trudniejszą przeszkodą. W pewnym momencie dogonił mnie zawodnik z trasy 25km. Szliśmy chwilę razem, potem spróbowałem biec, ale nie byłem w stanie.

  • Oj, goni mnie córka! – wykrzyknął nagle mój towarzysz i pognał zostawiając mnie daleko z tyłu.

Za chwilę przegoniła mnie także wspomniana córka w pogoni za swoim ojcem.

  • Jest już źle – pomyślałem sobie wlokąc się dalej – gdybym chociaż był na 25tce, miałbym ostatni punkt, a mnie czekają jeszcze trzy.

Szedłem coraz wolniej, wykorzystując rzadko pojawiające się ocienione miejsca do krótkich odpoczynków. Na ostatnich punktach nie było już wody, czułem, że w bukłaku została resztka, była zresztą strasznie ciepła.

  • Chyba zaraz się zagotuję – pomyślałem – może położę się pod jakimś krzakiem chociaż na chwilę - kusiło mnie – ale oddech przeciwników za plecami nie pozwalał mi stanąć.

  • Chyba nie tylko ja tak zdycham – myślałem.

Jeszcze tylko dwa punkty i meta, jakoś się dowlokę. Pod górę ledwo już podchodziłem, miałem wrażenie, że się zataczam.

Nagle kątem oka zobaczyłem studnię. Stała przy starym, raczej zapuszczonym gospodarstwie.

Klasyczna drewniana studnia ze stromym dachem ze spróchniałych desek.

Obszedłem studnię i znalazłem drzwiczki. Otworzyłem ostrożnie, żeby drzwi się nie rozpadły. W środku było mrocznie. Na łańcuchu wisiało wiadro, przyjrzałem mu się, było pełne pajęczyn. Wiadro wisiało na nawiniętym łańcuchu i nie nosiło raczej śladów użytkowania w ostatnich czasach. Już miałem zamknąć studnię, ale poczucie gorąca i wycieńczenia stanęło przede mną znowu niczym czarna wizja apokalipsy.

  • Nic pajęczyny – pomyślałem – wcisnąłem spocony i skołowaciały łeb w ciemną czeluść studni próbując przeniknąć mrok. Po chwili gdzieś na dole odniosłem wrażenie, że dostrzegam jasne rozbłyski.

    Woda, woda!!! - niczym spragniony wędrowiec na pustyni, poczułem jak ogarnia mnie dreszcz podniecenia. Wysunąłem głowę z ciemnej wnęki i zacząłem oglądać studnię na zewnątrz. Jak w każdej starej studni, była korba. Mocno już podrdzewiała i jej funkcjonalność nie wydawała się oczywista. Zakręciłem raz, wiadro zaczęło powoli zjeżdżać w ciemną czeluść. Korba chodziła lekko i bez oporów. Po kilkunastu obrotach usłyszałem plusk. To wiadro uderzyło w taflę wody. Jeszcze jeden obrót kołowrotu i zacząłem wyciągać wiadro z powrotem. Do góry szło też, łatwiej niż mogłem się spodziewać. Gdy wiadro dojechało już na samą górę, potrzebowałem jeszcze tylko nieco zdolności ekwilibrystycznych by trzymając korbę jednocześnie dobyć wiadra i wyciągnąć je na zewnątrz zanim spadnie w dół razem z bezcennym ładunkiem.

     

Gdy w końcu miałem wiadro stojące na krawędzi studni, pełne przejrzystej wody, moja radość bliska była apogeum. Włożyłem dłonie do wody zacząłem chlapać sobie na twarz i ramiona. Chciałem chwycić wiadro oburącz i wlać sobie na głowę, rozsądek jednak wziął górę. Odłożyłem mapę, kartę startową i komórkę daleko od studni i dopiero wtedy wziąłem zimny prysznic nagarniając wodę garściami na głowę, twarz i całe ciało. Woda była zimna i cudowna. Po wychłodzeniu ciała ruszyłem zabrać przedostatni punkt, potem ponownie przechodząc koło studni jeszcze raz oblałem się zimnym płynem, nie pozostawiając na całym ciele suchej nitki.

To nic, że tu i tam zaczęły mnie obcierać majty, wychłodzony organizm zaczął znów funkcjonować i udało mi się nawet powoli biec, ostatni punkt miał opis: nad stawem.

Pomyślałem o jeszcze jednej kąpieli, która mnie czeka przed metą. Staw jednak nie zachęcał, brzeg był błotnisty, a cały staw pokryty był jednolitą warstwą rzęsy wodnej.

  • Dobra, dam jakoś radę do mety – pomyślałem i potuptałem w stronę szkoły. Jeszcze tylko jedno pole, stroma miedza porośnięta jeżynami i zaraz asfalt, tylko jeden kilometr.

Na metę wpadłem po 7 godzinach i 9 minutach.

Czas wydawał się marny, ale żaden z przeciwników nie dotarł tam jeszcze przede mną.

Klątwa przełamana! Dzięki magicznej studni, niczym z bajek tysiąca i jednej nocy.

Dawno nie dostałem takiej nauczki od upału, ale nie tylko ja zmagałem się z ciężkimi warunkami.

Następny po mnie zawodnik - Mateusz - dotarł na metę równo godzinę po mnie, na trzeciego – Piotrka – czekaliśmy jeszcze pół godziny.

Świętokrzyską Jatkę zapamiętam na pewno na długo, nie ma łatwych lokalizacji, gdy budowniczy dobrze wykorzysta teren, a warunki klimatyczne zaskoczą uczestników.

Szacun dla Ponidzia, dla Łukasza i lekcja pokory wobec sił natury.